Zaproszenie ślubne

Na początek tego lata dzień piękny się szykuje,
Niechaj zatem każdy radość taką świętuje:
Przed Bogiem stanąwszy nowy czas rozpoczniemy,
Miłość, wierność i uczciwość ślubować chcemy.

Gdy zatem z Wieży Mariackiej hejnał popłynie,
Dziewiątego czerwca o czternastej godzinie,
Na mszy świętej w dominikańskiej bazylice,
Przysięgniemy sobie kochać na całe życie.

Kwiecistych prezentów nam wcale nie potrzeba,
Do prawdy, lepsza dla człowieka kromka chleba.
A ponieważ my się zwać będziemy państwo Kwiatki,
To na kuchnię dla ubogich zbieramy datki.

Półka sklepowa

Świat w koło mówi (częściej krzyczy w rozmaity sposób): wypróbuj bez zobowiązań! gwarancja zwrotu! Tak samo mówi się o związkach: mieszkanie przed ślubem pomoże uniknąć niepotrzebnych problemów „po”. No i tu rodzi się problem. Bo czy człowiek, z którym mam żyć, mieszkać, dzielić wszystko co mam dopóki śmierć nas nie rozłączy (niestety częściej jest to „śmierć” znajomości) jest czymś co mam, albo co gorsza powinienem wypróbować jak jakąś jednorazówkę. Że jak mi się nie podoba, to wracam do kasy i wymieniam? No ale gdzie jest ta kasa? Kto mi odda stracony czas – bo o pieniądzach chyba tu nie mówimy – a tego czasu często jest dużo, wręcz za dużo „zmarnowanego” czasu z „tym Czymś”.

Jeżeli myślimy o związku „na poważnie” ze wszystkimi konsekwencjami prawnymi, to pewnie decydujemy się na ślub. Więc, gdy podejmujemy decyzję o ślubie, co nazywamy to zaręczynami, defacto jesteśmy już zdecydowani – nie musimy się „wypróbowywać”. W przeciwnym wypadku nie zaręczajmy się, tylko od razu idźmy do odpowiedniego urzędu! No ale jeżeli nie jesteśmy jeszcze zdecydowani, to czy powinniśmy się wypróbowywać?

Dla wszystkich co mają piękne i wyniosłe rady. Gdybym miał zamieszkać przed ślubem z jakąkolwiek dziewczyną, a zwłaszcza (a może i przede wszystkim) z Tą jedną wybranką moją, mogę zagwarantować, że przyszedł by w końcu – pewnie dość szybko – taki piękny dzień. Uciekłbym od niej. Lub nie piękny, bo to Ona by uciekła ode mnie. Możliwe jest też, że została by przeze mnie z domu wyrzucona. A dlaczego? Bo miałbym jej dość, lub Ona mnie. Nawet małe nieporozumienie doprowadziło by nas do wniosku, że do siebie nie pasujemy, że się nie nadajemy na to czy na tamto. A skoro tak tylko ze sobą mieszkamy, to przecież nie musimy ze sobą dalej mieszkać. Pociąga to za sobą konsekwencje unieważnienia zaręczyn i całego tego kołowrotka ślubnego. Uff. Wreszcie będzie spokój.
Ale czy o to w życiu chodzi? Czy idąc tym tropem nie obudzę się jako 40-latek, na którego widok nawet lustra pękają? Moim zdaniem w życiu chodzi o to, by grać i brać. Ale nie byle co i byle jak, tylko z rozwagą i wiarą. Zatem jak już spotykam się z tą dziewczyną rok, półtora, to wypada zadać sobie (jej) pytanie: co dalej? Nie marnujmy sobie czasu tylko idźmy do przodu. Nawet jak będzie to kot w worku, co będzie po ślubie drapać. Ale chyba kotki są też miłe i nie zawsze drapią?